Dwa miesiące temu wreszcie pojawiło się znowelizowane rozporządzenie MEN zawierające m.in. zasady przeprowadzania matury w roku 2015 /rozp. z 25 kwietnia 2013 r. zmieniające rozporządzenie w sprawie … przeprowadzania sprawdzianów i egzaminów w szkołach publicznych/. Będzie to egzamin dla pierwszego rocznika uczniów liceów ogólnokształcących, którzy uczą się w szkołach ponadpodstawowych od 1 września 2012 r., zgodnie z nową podstawą programową kształcenia ogólnego, czyli przystąpią do niego absolwenci, zdeformowanych przez pomysły duetu Hall – Szumilas liceów ogólnokształcących. Owe licea wg pomysłu pań H–Sz to szkoły już tylko z nazwy ogólnokształcące, od ich drugiej klasy znika przedmiotowe nauczanie wszystkich uczniów historii, fizyki, chemii, biologii i geografii. Od tego momentu swojej edukacji uczniowie będą kształcić się w mocno sprofilowanych klasach, wybierając od dwóch do czterech przedmiotów na poziomie rozszerzonym.

Zgodnie z zapowiedziami autorów tego pomysłu, jego realizacja miała służyć lepszemu przygotowaniu absolwentów szkół średnich do studiowania. Wybrane przedmioty miały być związane z przyszłymi kierunkami studiów. Stąd też każdy niepozbawiony elementarnych umiejętności logicznego myślenia człowiek mógł oczekiwać, iż absolwent takiego „LO” będzie zobowiązany do zdania na poziomie rozszerzonym na maturze przedmiotów wybranych wcześniej i zrealizowanych w trakcie szkolnej nauki na takim właśnie poziomie. Z kolei wyniki egzaminu maturalnego z tych przedmiotów będą później podstawą rekrutacji na określony kierunek studiów. Oczywiście próg zdawalności dla tej części matury powinien być ustawiony na wyraźnie wyższym niż dla części podstawowej poziomie /co najmniej na poziomie 50%/. W ten sposób można było próbować zrozumieć pewnego rodzaju szaleństwo destruktorów klasycznego, sprawdzonego modelu polskiego kształcenia ogólnego. Wcześniej wybrane przedmioty, będące podstawą przyszłych studiów, nauczane na poziomie rozszerzonym miały zdecydowanie lepiej przygotować młodych ludzi do studiowania niż w poprzednio obowiązującym modelu kształcenia. W tym pomyśle słabym punktem był wczesny /dokonywany już w czasie nauki w I klasie szkoły średniej/ wybór przez ucznia jego dalszej ścieżki kształcenia. Jednak w trakcie gorących sporów wokół nowej podstawy programowej jej zwolennicy powtarzali, iż poprzez naukę na poziomie rozszerzonym wybranych przez siebie przedmiotów uczniowie będą w preferowanych przez siebie kierunkach uzyskiwali szczególnie dobre efekty kształcenia, które następnie potwierdzą na maturze.

Tymczasem po lekturze rozporządzenia MEN z 25 kwietnia już wiemy, że nie będą musieli niczego potwierdzać. Oto uczeń kończąc szkołę średnią i przystępując do matury będzie zobowiązany do zdania na poziomie podstawowym trzech przedmiotów /język polski, język obcy i matematykę/, z warunkiem zaliczenia każdego z tych przedmiotów na minimum 30% możliwych do zdobycia punktów oraz do przystąpienia do przynajmniej jednego egzaminu na poziomie rozszerzonym, ale już bez konieczności pokonywania jakiegokolwiek progu zdawalności. I co szczególnie ciekawe ów wybrany przez maturzystę przedmiot wcale nie będzie musiał należeć do tych, które realizował on w szkole na poziomie rozszerzonym. Innymi słowy matura’2015 to będzie jedynie lekko zmodyfikowana matura dotychczasowa. W takiej postaci jest to egzamin, który zdecydowanie bardziej korelowałby z poprzednią strukturą kształcenia ogólnego w szkołach średnich. Czyli naturalnie pojawia się pytanie o cel i sens demontażu obowiązującego dotychczas modelu polskiej szkoły średniej.

 Szczególnie intrygujące jest rozważenie możliwości zdawania na poziomie rozszerzonym dowolnego przedmiotu, nie tylko zrealizowanego przez ucznia w szkole na takim poziomie. Po zapoznaniu się z pomysłem na maturę w 2015 wg recepty ekipy minister Szumilas trudno nie powtarzać pytania: „dlaczego zniszczono poprzedni autentycznie ogólnokształcący model liceów?”. Można domyślać się, iż autorzy nowej koncepcji kształcenia ogólnego wystraszyli się skutków ewentualnej katastrofy maturalnej w roku 2015 i dokonali jedynie kosmetycznych zmian w strukturze egzaminu maturalnego. Gdyby bowiem w sposób logiczny domknęli zmiany wprowadzone przez podstawę programową, zawartą w rozp. MEN z 23.12.2008 r., to musieliby powiązać autentycznie maturę z wcześniejszym nauczaniem w silnie sprofilowanych LO. Jeżeli teraz przyjmują, iż maturę na poziomie rozszerzonym będą mogli zdawać uczniowie, którzy uczyli się przedmiotu zarówno na poziomie podstawowym, jak i rozszerzonym, to w pewien sposób przyznają, że albo uczeń uczący się na poziomie rozszerzonym nie będzie zdecydowanie lepiej przygotowany do niej, niż jego kolega uczący się na poziomie podstawowym, albo zakładają tak niski próg trudności zadań na poziomie rozszerzonym, iż owa różnica pomiędzy uczniami nie będzie miała istotnego znaczenia. Którakolwiek z tych możliwości byłaby prawdziwa to mamy do czynienia z kolejnym edukacyjnym skandalem. Zamiast poprawy jakości kształcenia mamy wręcz pewne dalsze jej obniżenie, szczególnie że uczniowie nie będą musieli pokonywać żadnego progu zdawalności na egzaminach na poziomie rozszerzonym. To prawdopodobnie jest jedną z przyczyn możliwości wyboru przez ucznia egzaminu z przedmiotu na poziomie rozszerzonym bez konieczności zaliczenia go na takim poziomie w trakcie szkolnej nauki.

Taka koncepcja matury od 2015 r. jest kolejnym dowodem na to, jak kompletnie nieprzemyślana była wprowadzona na podstawie nowej podstawy programowej struktura kształcenia ogólnego w Polsce. To właśnie przeciwko niej gwałtownie protestowało w ubiegłym roku w Polsce wiele osób, spotykając się z zupełnym lekceważeniem ze strony MEN i jego szefowej. Dzisiaj można stwierdzić, iż koncepcja matury’2015 to kolejny przejaw lekceważenia obywateli przez ludzi odpowiedzialnych za stan polskiej edukacji. Raz jeszcze pokazują oni, iż w dalszym ciągu uprawiają zabawę w edukację o coraz bardziej iluzorycznych wymaganiach i czynią to zupełnie bezkarnie.

Niezwykle symptomatyczne jest, iż pomimo upływu dwóch miesięcy od upublicznienia zasad przeprowadzenia matury w 2015 r. temat ten nie zaistniał ani w przestrzeni medialnej, ani wśród polityków, a przecież dalsza destrukcja naszej edukacji przez ekipę duetu Hall – Szumilas powinna być tematem poruszającym naszą przestrzeń publiczną. Jeszcze trochę, a będziemy mieć oświatę, w której nie trzeba będzie pokonywać żadnych progów zdawalności, spełniać jakichkolwiek wymagań tylko „przystępować” i „uczestniczyć w zajęciach”. Tak oto spełni się marzenie obydwu destruktorek polskiej oświaty o specyficznie przez nie rozumianej przyjaznej szkole. Szkole, której jakość pracy będzie badana na podstawie narzędzi służących do klasycznego lukrowania rzeczywistości. Ta kwestia to zresztą kolejny skandal w wykonaniu nominatów premiera Tuska w ministerstwie edukacji. Przygotowali oni, wydając 80 mln zł, narzędzia oceny jakości pracy szkół kompletnie ignorujące rzeczywiste efekty ich pracy. Dla poprawienia sobie nastroju, za spore publiczne pieniądze, co jakiś czas, władza będzie organizować Kongresy Edukacji Polskiej, na których będzie pokazywać jej obraz kompletnie oderwany od rzeczywistości. Jak długo jeszcze obywatele będą jej na to pozwalać?